Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fara. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 października 2015

Zaległości, zaległości... Ale wbrew pozorom nie zapomniałam o tym miejscu ;)

Ile to już miesięcy na blogu trwa cisza? Chyba ponad pół roku... To nie znaczy jednak, że schroniskowce nie mają już nic do powiedzenia. Jedna z głównych bohaterek bloga, Fara, dopiero niedawno odnalazła swój kąt na ziemi. Posłuchajcie:

No heeeej. Wiem, wiem, dawno nic nie pisałam. Ale w sumie wiele się nie działo. Chodziłam regularnie na spacery, ćwiczyłam opanowanie, uczyłam się nowych komend. Byłam nawet na kilku akcjach wyjazdowych, ale to zdecydowanie nie dla mnie. Zbyt dużo ludzi i hałasu mnie po prostu przeraża. Wtedy jedyne o czym myślę, to żeby uciekać byle dalej, nie patrząc przed siebie. Wszyscy mi mówili, że szkoda, że tak reaguję, bo nie jestem w stanie pokazać, co potrafię - a przecież potrafię dużo. Agility, komendy... Wszystko to pikuś, pod warunkiem, że jest spokój i nie jestem zestresowana. Ale chyba nie o tym miałam mówić...

Najważniejszą wiadomością ostatnich dni jest to, że w końcu, po ponad roku udało mi się znaleźć dom! :D To już tydzień. To właśnie w zeszłą środę specjalnie do mnie przyjechała moja nowa Pani i jej Tata. Początkowo nie wiedziałam, o co chodzi - bo przecież w środę nie wychodzi się na spacer. Ale moja schroniskowa Opiekunka wyglądała na podekscytowaną - udzieliło mi się to i ciężko mi było zachować spokój. Jak tylko zobaczyłam moją nową Panią, od razu wiedziałam, że jesteśmy sobie przeznaczone. Podobno wypatrzyła mnie gdzieś w internecie i to była miłość od pierwszego wejrzenia - już nie chciała innego psa. Ja też nie miałam wątpliwości, że będzie nam razem dobrze. Pozostało tylko podpisać papiery i już mogłam jechać do domu. Co prawda niezbyt podobało mi się, że musiałam jechać autobusami i to na dodatek w KAGAŃCU (no kto to widział...), ale starałam się dzielnie to znieść. A kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce, wszystkie moje krzywdy zostały odkupione kiełbasą ;) 
Tak zaczął się pierwszy dzień mojego nowego życia. I pewnie to mój ostatni post na tym blogu. Będę mieć ważniejsze zajęcia - poznawanie na nowo świata z moja Panią :)


Niestety oprócz takich dobrych wieści, zdarzają się też gorsze... Niektóre psy zasypiają szczęśliwe przy swoim Opiekunie, inne umierają samotnie w schronisku. Tak też przydarzyło się ostatnio dwóm psiakom...

Mikuś odszedł w ciszy - wszyscy wiedzieli, że jest stary, nikt nie wiedział, jak bardzo. Nie chciał jeść, na spacerze był smutny i osowiały. Kiedy rozpoczęliśmy próby szukania mu domu tymczasowego, było już za późno. Znaleziono go w jego legowisku...

Inna jest historia Zety. Sunia trafiła do schroniska po śmierci właściciela wraz z trójką przybranego rodzeństwa. Szybko spodobała się pewnym ludziom. Miała wkrótce iść do domu, czekała tylko na sterylizację. Nie doczekała. W sobotę źle się czuła, wieczorem pojechała na lecznicę. Tam okazało się, że to parwowiroza - Zeta odeszła dzisiaj w nocy... :(

Wszyscy mamy nadzieję, że będzie coraz więcej historii radosnych, zakończonych szczęśliwie, a coraz mniej smutnych i przygnębiających. Tego życzę sobie, psiakom z katowickiego schroniska, a także wszystkim Czytelnikom (których może zawiodłam długą nieobecnością) i ich zwierzakom ;)

poniedziałek, 2 marca 2015

Takie bidy się zdarzają... Aż smutno patrzeć...

Wiecie co? Ostatnio zobaczyłam w schronisku taką sierotkę, taką bidę... Znaczy psa konkretnie. Ale ten pies zachowywał się jak nie pies. Jakiś taki mizerny, smutny. Niczym się nie interesował, chciał tylko schować się przed światem i leżeć w kąciku. Aż żal było na niego patrzeć. Mimo że zwykle nie przepadam za innymi psami, jakoś zupełnie nie miałam ochoty go zaczepiać. Zresztą sami zobaczcie - te oczy mówią wszystko...


Wspomniana bida ma na imię Ralf. Chłopak miał Pana, był kochany. Niestety Pana już nie ma. Odszedł i już nie wróci - umarł, a pies pozostał. Pies, którym nikt z rodziny nie chciał się zająć. Oddali go do schroniska, gdzie jeszcze bardziej przeżywa utratę ukochanego Opiekuna.

Ralf młody już nie jest - ma 11 lat. Jest psiakiem dość dużym, mniej więcej wielkości owczarka. Niestety psim staruszkom, zwłaszcza tym większym dużo ciężej jest znaleźć dom niż psiakom w sile wieku. A przecież one kochają tak mocno. A Ralf jest naprawdę kochanym i uroczym psem. Jest spokojny, z innymi czworonogami się dogaduje, unika kłótni, jak tylko może. Do ludzi na pewno się mocno przywiązuje - to widać, jak tęskni za swoim Panem. Do obcych lekko zdystansowany, ale po chwili przekonuje się, że ręce, mimo że nieznane, też chcą pogłaskać, przytulić i pocieszyć. Po prostu psi ideał z tego Ralfa. Mam nadzieję, że uda mu się znaleźć dom na stare lata i nie zgaśnie nam w schronisku.


Ralf nie jest jedynym takim smutaskiem w schronisku. Mamy też inną bidulkę, która za kratami traci nadzieję. Lilo z wyglądu jest przeciwieństwem Ralfa. Jest malutka i okrąglutka. Jeszcze niedawno potrafiła się szeroko uśmiechać, o tak:


Niestety dzisiaj już nie jest tak wesoła. Jej historia zaczęła się ponad rok temu, kiedy jej Pan umarł. Wtedy też pierwszy raz trafiła do schroniska. Szybko zaczęła wychodzić na spacery z wolontariuszami. Mimo utraty Pana, dość szybko stanęła na łapki. Cieszyła się z każdego spaceru i wierzyła, że jeszcze ktoś ją pokocha. Zdjęcie uśmiechniętej Lilo zostało zrobione zeszłego lata. Wkrótce potem stała się rzecz wspaniała - Lilo powędrowała do domku :) Niestety szczęście nie trwało długo. Po kilku miesiącach sunia wróciła do nas - jej Pani zachorowała i nie była w stanie się nią opiekować. Lilo bardzo to przeżyła, to już nie był ten sam pies, co wcześniej. Stała się smutna, chyba nie wierzy już w kolejną szansę. A jest psiakiem wspaniałym. Ma swoje lata - już ok. 10, ale wad nie ma praktycznie żadnych. Jest spokojna, grzeczna i usłuchana. Uwielbia kontakt z człowiekiem i bardzo go potrzebuje. Z innymi psiakami dogaduje się dość dobrze. A do tego jest rozmiarów kompaktowych. Czego chcieć więcej? Dlaczego więc wciąć szuka domu?


Ja ich rozumiem, sama też jeszcze nie tak dawno miałam dom. Wiem, co to znaczy mieć rodzinę. Ale staram się dzielnie trzymać, wierzę, że ktoś mnie jeszcze pokocha. Moja Opiekunka wciąż mi powtarza, że mnie kocha - ja ją też. I obiecuje mi, że znajdzie mi dom, a jeśli sama w końcu będzie mogła mieć psa, a ja ciągle będę czekać, to bez chwili wahania mnie przygarnie.

Jestem młodsza od Lilo i Ralfa, ale mam też swój charakterek, który niestety utrudnia mi znalezienie domu. Mam nadzieję, że jednak przyjdą jacyś cudowni ludzie, którzy pokochają mnie, pokochają Lilo i Ralfa. Ja w to wierzę - wierzę za tych, którzy już nie mają nadziei!

- Fara



niedziela, 22 lutego 2015

Kolejny miesiąc za nami

No cześć wszystkim :) Jakoś tak ostatnio nie kleją mi się specjalnie żadne teksty, nie bardzo mam co pisać. Ale kolejny miesiąc minął, więc trzeba to jakoś podsumować ;)

No więc zacznę od tego, że ja i mój przybrany upierdliwy brat Fikus wciąż mieszkamy w schronisku. Ja już w swoim boksie mieszkam od ponad 7 miesięcy, Fikus już też prawie pół roku. I jakoś nam niewiele się zmienia. Za to niedawno zniknął nasz spacerowy kolega - Harry. Chłopak w schronisku siedział ok. 2 lat i w końcu udało mu się znaleźć dom! :) Oby już nigdy do nas nie wrócił.

Dla przypomnienia - Harry. Powodzenia w nowym domu! :)
Poza tym niedawno była u nas w schronisku impreza pod hasłem "Daj pieskom pobiegać". Przyszło duuuużo ludzi i zabierali psiaki na spacer. W sumie wyszły wszystkie czworonogi, które dostały na to pozwolenie od "szefostwa" - a większość nawet po kilka razy ;) Psy były szczęśliwe, ludzie byli szczęśliwi, wszyscy byli szczęśliwi. Choć raz prawie wszystkie boksy były puste. Było tak jakoś dziwnie cicho i spokojnie w schronisku. A jak już psiaki powracały do swoich mieszkanek, to były takie zmęczone, że nawet szczekać im się nie chciało. Wolały iść spać i śnić o tym, jakie miały wspaniałe spacery.

Nie wiem jak u Was, ale tu w Katowicach przez ostatnie kilka tygodni panowała zima. A jak wiecie, ja KOCHAM zimę! :D Mogłam szaleć w śniegu, tarzać się, zakopywać - było ekstra! Teraz już idzie wiosna, więc coraz trudniej znaleźć gdzieś śnieg do zabawy. Na szczęście są jeszcze piłki i patyki ;)

Oto ja w czasie najlepszej moim zdaniem pogody :)

Zima zimą, ale wczoraj też było fajnie na spacerze. Mogłam trochę pobiegać bez smyczy, pobawić się patykami... A wiecie, ja jestem całkiem dobra w obieraniu patyków. Dostanę w swoje łapy (i zęby) rozgałęziony, oddam śliczny pojedynczy, bez zbędnych gałązek :) Mogłabym to robić profesjonalnie ;)

A teraz zarzucę Was moimi fotkami. W końcu dawno nic nie wstawiałam :)

- Fara








środa, 31 grudnia 2014

Zima, zima, zima!

Coś w tym roku ta zima jakoś tak późno przyszła. Pamiętam, że jak byłam szczeniakiem, to już w listopadzie można było szaleć w śniegu. A teraz co? 26 grudnia i dopiero jakiś biały puch spadł na ziemię. Ale lepiej późno niż wcale - bo od razu jakoś sympatyczniej się robi na świecie ;)


No więc w piątek spadł śnieg, a w sobotę oczywiście był spacerek! :D Ja tam już jestem za stara na śniegowe zabawy (w końcu całe 4 lata na karku mam), ale i tak ucieszyłam się, z tego, że jest biało. A jeszcze bardziej ucieszyłam się z tego, że przyszła moja Opiekunka - cały tydzień jej nie widziałam, więc się stęskniłam ;) Już z samego rana zastanawiałam się, co też będziemy razem robić.

Chcecie wiedzieć, co robiłyśmy? Najpierw byłyśmy przejść się kawałek, ale oczywiście nie same. Poszli z nami też Fikus i Vita ze swoimi Wolontariuszkami. Spacerek nie był długi, bo coś ci nasi Duzi zaczęli narzekać, że zimno. Ja tam nie czułam (powinni sobie też zapuścić gęstą sierść ;)), ale niech im będzie. Kiedy wróciliśmy, załapałam się na małe czesanko - ponoć strasznie się lenię. Powiedziałam mojej Opiekunce, że to nieprawda - wcale nie jestem leniem. Ale podobno chodziło o to, że tracę dużo sierści i trzeba mnie wyczesać. W sumie nie mam nic przeciwko - całkiem to przyjemne :) Gdyby tylko ciągle nam ktoś nie przeszkadzał, chodząc po korytarzu, to już w ogóle byłoby super.


Po (jak to się mądrze nazywa) "zabiegach pielęgnacyjnych" poszłyśmy na wybieg. Były szaleństwa, biegi za i z piłką, ale też trochę ćwiczeń ;) Powtarzałam komendę "zostań" i poznawałam "tyczki" (że niby mam chodzić pomiędzy jakimiś pachołkami czy coś takiego). Grzecznie zostawałam na początku tyczkowego toru i czekałam na dalsze polecenia - jeśli dalej też poszło mi dobrze, to w nagrodę dostawałam PARÓWKI! :D



Po wybiegu jeszcze trochę byłyśmy się ogrzać w schronisku, a potem poszłyśmy na jeszcze jeden spacer - tym razem z moją byłą współlokatorką Moną. Nasze Opiekunki coś chyba mnie obgadywały, bo co chwilę słyszałam swoje imię. Obiło mi się o uszy jakieś trudne słowo - beha...wio...ryst...ka (chyba tak). Że niby moja Wolontariuszka chciałaby mi pomóc zapanować nad emocjami przy innych psach, bo martwi się, że kiedyś narobię sobie problemów. Ja tam mam inne zdanie na ten temat, ale nie będę się z nią kłócić - wiem, że chce dla mnie dobrze :)

A na koniec wykorzystam jeszcze to, że mam głos :) Dzisiaj sylwester. Proszę, błagam, zaklinam - NIE STRZELAJCIE! Chyba nie wiecie, jak wiele zwierząt panicznie boi się wystrzałów fajerwerków. Psy, koty, a także dzikie zwierzęta. My nie rozumiemy, czemu nagle nad naszymi głowami i za plecami strzelają jakieś sztuczne ognie. My po prostu uciekamy, gdzie nas nogi poniosą. Często nie wiemy potem, jak wrócić do domu. Dlatego jeszcze raz proszę NIE STRZELAJCIE!
- Fara

sobota, 6 grudnia 2014

Mikołajki :)

A dzisiaj były Mikołajki. Duzi mówią, że to święto jakiegoś biskupa, a przebierają się za pajaca w czerwonym kubraczku. Trochę dziwna ta tradycja, ale niech im będzie. Przez to wszystko w schronisku było straszne zamieszanie. Niektórzy wolontariusze przychodzili dużo wcześniej, ale nie zabierali nas od razu na spacer, tylko kręcili się po schronisku, nosili różne rzeczy... Mówili coś o jakimś dniu otwartym. Ale podsłuchałam też, że nie spodziewali się zbyt dużo gości, bo za późno zaczęli zapraszać. No i mieli rację ;)


Niewielu ludzi przyszło, ale Ci, którzy przyszli przynosili dary, głaskali, czasami dali jakiś smakołyk. Z naszej strony w planach był pokaz agility. Co prawda nie do końca mi się chciało, ale pokazałam, na co mnie stać :) Chociaż przyznaję, momentami byłam dużo bardziej zainteresowana innymi psami w okolicy niż torem.


Pokaz, pokazem - i tak mało kto mnie oglądał. Lepsze wydarzyło się później :D Poznałam chłopaka - Tofik się nazywa. Jest po prostu świetny - razem bawiliśmy się, szaleliśmy i zaczepialiśmy się. On chyba miał ochotę też na coś więcej, ale jakoś mi to nie przeszkadzało :P Niestety, to co dobre zawsze się kończy - Tofik poszedł na spacer z jakimiś ludźmi, a ja zostałam sama. Miałam nadzieję, że za chwilę przyjdzie i pogonimy się jeszcze trochę. I przyszedł, ale żeby się pożegnać. Okazało się, że właśnie dzisiaj Mikołaj podarował mu nowy dom. Jasne, cieszę się z tego, ale też mi trochę smutno. Dopiero co się zaprzyjaźniłam, a już przyjaciel odchodzi... No nic, życzę mu wszystkiego dobrego :)


Mam nadzieję, że dla mnie też znajdzie się jakiś dom. Moja opiekunka mówi, że zaczynam siwieć. A przecież ja wcale nie jestem stara! Podobno siwy pyszczek odstrasza ludzi. A moim zdaniem tylko dodaje powagi ;) Dalej czekam na domek, a tymczasem mówię Wam CZEŚĆ! :)

- Fara

środa, 26 listopada 2014

Jesień za oknami, jesień w sercach?...

Tak sobie siedzę i myślę, dlaczego tak mało ludzi na jesień sprawia sobie cieplutkiego i milutkiego czterołapka do towarzystwa. Przecież taki futrzak i rozweseli w pochmurny dzień, i przytuli, kiedy dopadnie jesienna depresja. Z nim można i poleniuchować, pogrzać się pod kołderką, ale również pobiegać w deszczu na złość pogodzie ;) Same pozytywy :D


 A jakoś tak mało ludzi przychodzi do schroniska... Niewielu przygarnia jakiegoś psiaka czy kota... Nawet wolontariuszy do nas mniej przychodzi. Ja rozumiem, że przy chłodzie, deszczu i wietrze spacery może nie są tak przyjemne, jak przy słonecznej pogodzie, ale dla nas są tak samo ważne. Tak samo czekamy na swoich opiekunów, marzymy o wyjściu z ciasnego boksu. Dla nas to nie ma takiego znaczenia, czy pójdziemy na długi spacer, czy może posiedzimy i poprzytulamy się w budynku. Ważne, że jesteśmy z człowiekiem, a nie za kratami. Ale niestety nie każdemu zależy na nas na tyle, żeby się poświęcić...



Oczywiście są tacy, którzy przychodzą, dla których nieważna jest pogoda - czy to deszcz, śnieg czy zawierucha, upał czy mróz, można na nich liczyć. Do takich należy moja Opiekunka :) Mimo że czasami jest zmęczona, przychodzi od razu po szkole, przez co nie zawsze od razu mogę wyjść na spacer, wiem, że mnie nie zawiedzie. Czasami się pokłócimy - jasne, zdarza się. Ale później mocno się przytulimy, poliżę ją i wszystko jest w porządku :)



Niestety ostatnio dość często słyszę, jak mówi, że jest zmęczona, ma wszystkiego dość i brakuje jej czasu. Dlatego tym bardziej cieszę się, że znajduje trochę czasu dla mnie. Ale też martwię się o nią. Nie chcę, żeby mi się wykończyła dziewczyna, bo kto wtedy będzie znosił moje humory? ;) Kto podaruje mi wszystkie wybryki, kto pomoże znaleźć mi dom?

Ps. Wiem, że blog został trochę odstawiony na bok (eh, ta jesień - coś w niej musi być). Postaram się trochę częściej coś tu skrobać albo zagonić jakiegoś mojego kolegę do powiedzenia paru słów ;) A tymczasem do zobaczenia! :)

- Fara

poniedziałek, 6 października 2014

Wymówki czy prawdziwe powody?

Że niby szkoła? Że niby nie ma czasu? I że niby to jest powód, dla którego nie mogę nic napisać na blogu? Po prostu skandal! Co to ma znaczyć? Takie marne wymówki. A ja tu mam coś do opowiedzenia.

No więc to było kilka dni temu. Jak zwykle w czwartek czekałam na moją opiekunkę. Wiedziałam, że zaraz przyjdzie. Przecież zawsze przychodzi. Czekałam z niecierpliwością i nagle drzwi pawilonu się otworzyły. I tak! To była ona! :) Ale coś tu się nie zgadzało. Nie miała w ręku smyczy, a za nią szło jeszcze kilka osób. Nie wyglądali na wolontariuszy... Chodzili po pawilonie, oglądali moich towarzyszy niedoli. Zrozumiałam, że chcą któremuś z nas dać dom. A na mnie nawet uwagi nie zwrócili...

Kiedy moja opiekunka podchodziła do mojego boksu, bardzo ją prosiłam, żeby mnie wypuściła. A ona tylko przytulała mnie przez kraty, głaskała i mówiła "Wyjdziesz, wyjdziesz na spacer, ale za chwilę". Wierzyłam jej, bo co innego miałam do wyboru. W końcu wyszła z pawilonu. Miałam nadzieję, że weźmie smycz i do mnie wróci. I wróciła, tyle że znowu bez smyczy. Tym razem nawet do mnie nie podeszła - tylko pomogła jakimś dziewczynom zabrać na spacer inne psy. I tak działo się jeszcze kilka razy... Już myślałam, że mnie okłamała i w ogóle po mnie nie przyjdzie.

Kiedy już traciłam nadzieję, ponownie otworzyły się drzwi. Znów ją zobaczyłam. Tym razem wiedziałam, że przyszła do mnie. Uśmiechnęła się, powiedziała "Chodź, idziemy" i wyszłyśmy - razem :)


Sam spacer nie był zbyt długi. Moja opiekunka przytulała mnie, głaskała i tłumaczyła, dlaczego tak długo musiałam czekać. Podobno osoba, która normalnie zajmuje się pokazywaniem nas ludziom i pomaga wolontariuszom, musiała pilnie wyjechać i prosiła moją opiekunkę o zastępstwo. Nikt nie wiedział, że tak długo to potrwa. Na szczęście w końcu wróciła, a ja mogłam iść na spacer :) A z moją opiekunką wszystko sobie wyjaśniłyśmy i wiem, że nigdy by mi czegoś takiego nie zrobiła, gdyby nie musiała.

Tylko jak to jest z tymi ludźmi? Czasami mimo ważnych przeszkód robią wszystko, żeby i tak doprowadzić coś do skutku, a czasami wymyślają bezsensowne wymówki... 

- Fara

poniedziałek, 22 września 2014

Eh, te dziewczyny...

Kurcze, ja naprawdę nie rozumiem dziewczyn. Jak można tak postępować z facetami? Przecież nam też coś się od życia należy. Prawda?


Jestem Fikus. I mówią, że jestem "niewyżyty", cokolwiek by to miało znaczyć. Lubię dziewczyny, racja. I chętnie bym się z nimi bliżej zapoznał. Ale nie wiedzieć czemu mi nie pozwalają - i one, i Duzi. Kiedy tylko zacznę wąchać jakąś atrakcyjną suczkę (a przecież nie tak łatwo się im oprzeć), ta chowa ogon pod siebie i ucieka, a czasami nawet kłapie zębami. I jak tu z takimi żyć? Najpierw się wdzięczą, podrywają, a potem odrzucają. One chyba nie mają serca. A co ja im takiego strasznego robię?


Zaczęło się od tego, że poznałem Farę. Ona jest naprawdę świetną laską. I taka podobna do mnie - jedni mówią, że wyglądamy jak para, inni że jak rodzeństwo z jednego miotu. No więc bardzo ją polubiłem. Ona mnie chyba nawet trochę też. Kiedy byliśmy na smyczach, zaczepiała mnie, nawet trochę się pobawiliśmy. Cała sprawa zaczęła się na wybiegu.


Tam oboje byliśmy puszczeni luzem. I za każdym razem, kiedy chciałem pozaczepiać Farę - ta uciekała. No to ją goniłem - w końcu zabawa w kotka i myszkę jest świetna. Ale ona chyba tego nie widziała. Po chwili schowała ogon pod siebie, a jeszcze moment później zaczęła mi kłapać zębami przed nosem. Wtedy dołączyły się Duże. Zaczęły nas wołać, próbowały łapać... i w końcu mnie dorwały. Zepsuły całą zabawę!

No i mnie zapięły na smycz - a Fara dalej biegała wolno. To dziewczyna znów poczuła się pewnie i zaczęła mnie zaczepiać. Wdzięczyła się przede mną, skakała, merdała ogonem. A ja biedny nie mogłem do niej dosięgnąć (głupia smycz!). Dlaczego nie mogła się tak zachowywać wtedy, kiedy ja też mogłem biegać?


W końcu przywykłem do tego, że z Farą nie ma dobrej zabawy i dałem jej spokój. Teraz już nie kłapie mi zębami przed nosem ;) Za to ostatnio chciałem poderwać Nadyę - niestety ta też się nie dała.

Eh, te dziewczyny - naprawdę nie wiem, o co im chodzi...

- Fikus

niedziela, 7 września 2014

Dzień wyjazdowy - akcja?


Wiecie co? Wczoraj jakoś dziwnie zaczął się dzień. Rano nie było normalnego toku i hałasu, wolontariusze nie przychodzili do nas, żeby nas zabrać na spacer. Coś dziwnego wisiało w powietrzu i tu wcale nie chodzi o aromat nieświeżego żarcia.

W końcu do niektórych z nas przyszli pracownicy schroniska, zapięli na smycz i zaprowadzili do hałasującej skrzyni na kółkach. Wszystkich nas tam zamknęli. A tam ciemno, duszno i strasznie - jak się tu nie bać. Próbowałam uciec, ale mi się nie udało. Nikt z nas nie wiedział, co nas czeka...

W pewnym momencie skrzynia ruszyła z miejsca, a my powywracaliśmy się na siebie nawzajem. Na szczęście nie jechaliśmy długo. W końcu stanęliśmy i usłyszeliśmy głosy. Za ścianą byli nasi wolontariusze! I TAK! W KOŃCU NAS WYPUŚCILI! :D


Jak tylko zobaczyłam moją opiekunkę, od razu do niej pobiegłam, przytuliłam się do niej i powiedziałam jej, żeby mi więcej nie robiła takich numerów. A potem rozejrzałam się, gdzie w ogóle jestem. Okazało się, że wylądowaliśmy w jakimś parku. W pobliżu stało kilka namiotów (ale nie takich do spania) - podobno przyjechaliśmy na jakąś akcję, żeby pokazać się światu. No, niech im będzie ;)


Sama impreza jakaś strasznie ciekawa nie była. Poćwiczyłam trochę na torze agility i wiecie co? Tunele są faaaajne :D Nie wiedziałam, że taki mamy. W ogóle agility to fajna sprawa - przeskoczę płotek i dostaję parówkę ;) A przy okazji może troszkę schudnę :P A poza tym ludzie na mnie patrzyli, mówili jaka jestem mądra i śliczna, robili zdjęcia, głaskali, dawali przysmaki. Opłacało się pilnie uczyć ;)


A skoro o nauce mowa, to muszę się pochwalić. Nauczyłam się już komend: siad, leżeć, łapa, druga, czołgaj się, turlaj się, poproś. I chętnie poznam jeszcze jakieś fajne - znacie jakieś?


Na imprezie ogólnie było całkiem ok, choć trochę nudno. No i coś za często kłóciliśmy się z Harrym. Ale i tak nie chciałam, żeby akcja się skończyła. Oznaczało to znów powrót tą straszną skrzynią za kraty. Jak tylko machina przyjechała i chcieli mnie do niej wrzucić, zapierałam się wszystkimi 4 łapami. Aż bali się, że ściągnę sobie obrożę i pognam w siną dal. W rezultacie udało mi się osiągnąć tyle, że jechałam razem z ludźmi z przodu. Tam przynajmniej miałam jakiś widok, więc nie było aż tak źle :)


Podsumowując, akcje wyjazdowe są fajne, tylko ten dojazd jest zdecydowanie nie dla mnie...

- Fara

wtorek, 26 sierpnia 2014

Już jestem grzeczna :)

Witam wszystkich, tu znowu Fara :) Ale tym razem już grzeczna ;)


W sobotę był spacerek - w końcu mi obiecali, to wyszłam. I było naprawdę fajnie! :D Najpierw poszłam się przejść ze Sparrowem. Trochę poszwendaliśmy się po okolicy - park i ul. Grzegorzka, czyli ponoć standardowa trasa. Po drodze minęliśmy kilka gołębi (te to są dopiero śmieszne - ledwo się pobiegnie w ich stronę, a te od razu zmykają; a po chwili lądują kilka metrów dalej i myślą, że już ich nie złapię :P) i psów. Ogólnie spacerek był udany :)


A po spacerku poszliśmy pod schronisko i posiedzieliśmy na ławce. Znaczy nasze opiekunki siedziały na ławce, a ja i Sparrow obok. I w pewnym momencie podeszli do nas ludzie z malutką córeczką. Co prawda pan nie wydał mi się na początku zbyt fajny, ale widać, że nie chciał mi nic zrobić. A mała była całkiem fajna :) Pogłaskała mnie, za co ja ją delikatnie polizałam w rączkę. I kto mówi, że nie lubię dzieci, hmm?

Bo taka ze mnie straszna bestia, zjadam dzieci na śniadanie... Żartuję oczywiście! :D
Potem państwo poszli, a my wybraliśmy się na wybieg. Razem z kilkoma innymi psiakami mogliśmy sobie trochę pohasać. Na początku Sparrow podrywał małą Nalę (jakby już nie miał większych koleżanek) - zdjęcie poniżej ;) A potem próbował też mnie, ale ja mu się nie dałam ;) Bawić się z nim nie mam ochoty - zbyt nachalny jak dla mnie. Próbowałam za to z Olimpią i Tolkiem, ale oni trochę się mnie bali, więc dałam im spokój. Moja opiekunka stwierdziła, że sprawdzimy, czy nadaję się do agility. Podobno to fajne, więc dałam się namówić. I jak na pierwszy trening poszło mi idealnie. Huśtawka opanowana, skakanie przecież nie jest problemem dla żadnego psa :) Troszkę problemów mam jeszcze z czymś, co nazywają slalomem. Nie bardzo wiem, co zrobić z tymi tyczkami... Ale się nauczę! ;)

Sparrow z nową dziewczyną ;)
Tak się już rozpisałam, a to jeszcze nie koniec. Postaram się trochę streszczać ;)

No więc moja opiekunka zabrała mnie (i tylko mnie ;)) jeszcze do takiego parku trochę dalej. Mówiła, że prawie rok temu byłam w nim też na spacerze. Całkiem możliwe, cośtam kojarzę ;) W parku trochę pogłaskała mnie po brzuszku (mmmm.... to lubię), a potem przyszedł do nas Tolo ze swoją opiekunką. Pamiętacie Tolo? To ten kudłacz, co tu kiedyś pisał. No, już nie taki kudłacz. Zresztą zobaczcie sami ;)

Ogołocony Tolo ;) Poznajecie go?
No więc przyszedł, bo moja Duża miała mu porobić zdjęcia. Strasznie niecierpliwy ten Tolo, wierci się, kręci i patrzy wszędzie, tylko nie w aparat. No ale w końcu się udało i poszłyśmy z powrotem do schroniska. Tam spotkałam Luckiego - wilczaka czechosłowackiego. Chłopak jest duży i do tego niewyżyty - nie rozumie, że ja się nie chcę z nim bawić. Gdyby mnie od niego nie zabrali, to w końcu ugryzłabym go w ten jego nos. Na szczęście nie musiało do tego dojść ;) Chwilę potem on poszedł na spacer, a ja znowu poszłam na trochę na wybieg. No a potem do boksu.


Niektóre psy bardzo nie chcą wskakiwać do boksu, zapierają się z całych sił. Ja wolę nie dokładać mojej opiekunce problemów. Wiem, że ona mnie nie może zabrać do domu. A i tak umila mi życie tym, że zabiera mnie na spacery :)

Trzymcie się! 
- Fara